O tem, jak odpoczęli i zakład rozwiązali


Za górami, za lasami, za siedmioma dolinami, w krainie Wielkich Jezior Afrykańskich, gdzieś około drugiego stopnia szerokości południowej – a więc blisko równika, aczkolwiek nieco z jego drugiej strony – grupa trzynastu odważnych misjonarzy przeżywała kolejny piękny dzień rwandyjskiej przygody. Tym razem dobry Bóg darował im chwilę wytchnienia. Bo cóż, pytamy, wypada czynić w niedzielę, jeśli nie „nie działać”? I wreszcie – o zgrozo dla nadgorliwości, a ku pociesze ciała – trochę odpocząć.

Nasi śmiałkowie mogli tedy odrobinę dłuższym snem pozbierać siły nadszarpnięte codziennymi zmaganiami z tymi i owymi przeciwnościami losu oraz wyczerpującą, aczkolwiek jakże satysfakcjonującą pracą. Wstali zatem dopiero na śniadanie, aby potem oddać hołd swemu Królowi, wyśpiewując Mu psalmy tak, jak najpiękniej potrafili. A że potrafią – niech nikt nie waży się o tem powątpiewać.

Następnie, jak na Dzień Pański przystało, mieli chwilę wolnego: na poranną kawę, krótki spacer albo po prostu na małą drzemkę. Wreszcie nastała godzina rzeczy najważniejszej, najwspanialszej i najcenniejszej: Mszy Świętej w sanktuarium wypełnionym po brzegi, wzniesionym ku czci Tej, która przed laty czterdziestu i kilku przedstawiła się jako Matka Słowa. Po raz wtóry dane im było uczestniczyć w iście afrykańskim wielbieniu Zbawiciela, który śmiercią swoją zwyciężył wszystkie ludzkie śmierci – ich i każdego człowieka. To właśnie tam nieoczekiwanie doszło do ostatecznego odsłonięcia wszelkich tajemnic, a zatem do rozwiązania od niemal tygodnia burzącego krew w żyłach ekscytującego zakładu. Prawda, że zwycięstwo smakuje lepiej niż gorzka pigułka porażki. Zdaje się jednak, iż zwycięzcom więcej radości przyniósł sam zakład i owo niedzielne odsłonięcie zagadki niż sam triumf. A jeśli kto pragnie wiedzieć, czego ów zakład dotyczył – niech pyta bohaterów tej opowieści. Sami niech raczą rzec, jeśli im język na to pozwoli.

Potem, pokrzepiwszy się strawą afrykańską, ruszyli drogą dobrze już znaną, ku siostrom franciszkankom. Myliłby się jednak srodze ten, kto by mniemał, iż poszli tam do roboty. Nic z tych rzeczy! Powodów wyprawy było dwa. Pierwszy – szlachetny i oczywisty: pomoc siostrom w przyjęciu uczniów, którzy już od jutra rozpoczną, a jakże, radosny czas szkolnej nauki. Drugi – nieco trywialniejszy: spotkać tych, których rzeczony wcześniej zakład dotyczył.

Wieczór nie przyniósł zwrotów akcji ani niespodzianek, co w trzynastym dniu przygody poczytać należy za łaskę, nie za nudę. Chcąc dzień zakończyć godnie, odmówili podczas urokliwego spaceru różaniec, pobawili się, spożyli kolację, odmówili kompletę, odśpiewali Apel jasnogórski i – jak to mają w zwyczaju – po nocnych studentów rozmowach udali się na zasłużony spoczynek.



Tak rozpoczęli kolejny tydzień swej misji. Dodajmy: misji Bożą łaską przepełnionej, w której tyle dają, ile – a może i więcej – sami otrzymują. A co się wydarzy w rozpoczętym tak pięknie tygodniu? O tem opowiemy w dalszych odcinkach niniejszej kroniki.



ks. Piotr 🙏



Komentarze