Nie wszystko złoto co się świeci
Servus!
Wraz z upływem dni faktem jest stwierdzenie, że czas mija nam coraz szybciej, więc coby podsumować pewną część wyjazdu zdaliśmy się dziś ku refleksji, którą podzielimy się z Wami w dniu jutrzejszym.
Sprzyjający ku temu był fakt, iż poranek rozpoczęliśmy wspólnie przy wschodzie Słońca oraz myśl zaczerpnięta ze Słowa księdza Andrzeja podczas porannej Mszy Świętej.
Po niej niemalże od razu udaliśmy się po nasze walizki i zwarci i gotowi rozpoczęliśmy długą, jednakże urozmaiconą pit-stopami, podróż do Kigali, która wiodła polami, lasami, a nawet jak to brat Zdzichu mawia - "polną autostradą". W trakcie podróży podziwialiśmy niesamowite zza okna widoki, a w tak zwanym międzyczasie "zabawiałem" jednych bardziej, drugich mniej wykładem "Co w trawie piszczy - czyli, kilka słów o herbacie".
Pierwszy postój mieliśmy w Kibirisi. Zatrzymaliśmy się tam w placówce szkolno-rehabilitacyjnej dla niepełnosprawnych dzieci. Została założona przez niemiecką fundację, a obecnie jest prowadzona przez ojców Pallotynów, na co dzień stacjonuje tu nasz Brat Zdzichu.
Zostaliśmy tu oprowadzeni po salach, gdzie odbywają się zajęcia fizjoterapeutyczne, jak również po salach zajęć, gdzie mieliśmy okazję przywitać się i wejść w bardzo wzruszającą interakcję z dziećmi, które przygotowały dla nas powitalną piosenkę. Następnie zobaczyliśmy miejsce, w którym wychowankowie ośrodka uczą się doświadczenia zawodowego, aby po wyjściu z placówki mogły w konkretny sposób zarabiać na utrzymanie. Po drodze mieliśmy okazję zobaczyć drzewa Akarangua, z których ręcznie tworzone są krzyżyki oraz figurki Matki Bożej, które mieliście Drodzy Czytelnicy, okazję od nas dostać.
Na kolejnym postoju zastrzymaliśmy się w Save - w miejscowości, w której w 1902r. został wybudowany pierwszy kościół w Rwandzie. Ostatni przystanek był w miejscowości Nyanza, która była niegdyś stolicą Rwandy. Mieliśmy okazję zobaczyć strzeche - miejsce zamieszkania rodziny królewskiej oraz powstały w 1932r. pałac króla zbudowany z cegły przez Belgów. Na sam koniec odwiedziliśmy królewskie krowy charakteryzujące się dostojnymi rogami.
Podczas ostatniego i zarazem najdłuższego etapu wędrówki wspólnie spędzaliśmy czas na modlitwie, rozmowach i jak to przystało na całodzienną podróż - na śnie. Wyczerpani po całodziennej podróży rozpakowaliśmy bagaże, zjedliśmy kolację i pełni satysfakcji z kolejnego udanego dnia, udaliśmy się spać, aby móc jutro, pełni krzepy, doświadczać piękna, które nas otacza.
Kłaniam się
Kuba K.🤠








Komentarze
Prześlij komentarz