Nie do opisania
Maramutse!
Pakowanie się, gdy czas posługi u sióstr dobiega końca, to dziwny moment. Siedzi się na łóżku, patrzy na rozłożoną walizkę, a w głowie podsumowuje się czas, którego nie da się zamknąć w żadnym plecaku.
Kiedy przyjechaliśmy do Kibeho, nasze bagaże były pełne planów, oczekiwań i apteczki spakowanej na każdy możliwy scenariusz. Dzisiaj zostajemy z zupełnie inną zawartością. Część rzeczy zostaje na miejscu, ale luki natychmiast się zapełniły. Pakujemy masę doświadczeń, o których z pewnością będziemy opowiadać godzinami, ale też spokój sióstr, ich bezinteresowność, ciepło i zapisany w pamięci uśmiech, który witał nas codziennie u progu domu.
Zacznijmy jednak od początku tego długiego dnia.
Rano kaplica rozbrzmiała językiem polskim, bo - jak już stało się naszą tradycją - zaraz po przebudzeniu spotkaliśmy się na modlitwie brewiarzowej. Po wspólnym śniadaniu przez następne trzy godziny każdy organizował sobie czas tak, jak chciał: jedni dosypiali, kolejni robili pranie, niektórzy pakowali walizki, a jeszcze inni pili kawę. Większość z nas znalazła również chwilę na zakup pamiątek - wśród tysięcy przeróżnych różańców każdy szukał tych, które zabierze do domu dla bliskich.
Kolejnym punktem programu było wyjście do sióstr franciszkanek. Była to nasza ostatnia droga do ośrodka, podczas której znowu witaliśmy się z mieszkańcami, przybijaliśmy piątki z dziećmi, podziwialiśmy przyrodę i chłonęliśmy atmosferę Kibeho.
Pobyt u sióstr rozpoczęliśmy Mszą Świętą, po której udaliśmy się na obiad.
Jeśli czytaliście wczorajszy wpis, to wiecie, że najbardziej emocjonującym momentem dnia był mecz piłki nożnej. Dzisiaj z kolei poznaliśmy grę o nazwie goalball. Chłopcy z ośrodka zagrali dla nas mecz, a zaraz po nich na boisko wbiegli nasi chłopcy (oraz Paula!). Choć mieli małe problemy, bo z zasłoniętymi oczami - jak się okazało - bardzo łatwo wpaść na ścianę lub barierkę, rozegrali równie pasjonującą grę.
Po meczu udaliśmy się do „big hallu”, gdzie czekali na nas wszyscy uczniowie. Tam odbyło się nasze oficjalne pożegnanie z ośrodkiem. Były przemowy i podziękowania od dzieci dla nas i na odwrót. Mieliśmy też szansę zaprezentować tradycyjne rwandyjskie tańce, których uczyli nas wcześniej Clementine i Jacque. Uczniowie również zaprezentowały swoje umiejętności taneczne, które zaparły nam dech w piersiach - podobnie jak występ szkolnego chóru. My w zamian zaśpiewaliśmy jedną z naszych ulubionych piosenek pielgrzymkowych, a razem wyśpiewaliśmy „Sto lat” i „Życzymy, życzymy” (uczniowie dzięki polskim siostrom doskonale znają te utwory)
Później nadszedł czas na dyskotekę! W tym momencie okazało się, że ani bariera językowa, ani żadne niepełnosprawności nie przeszkadzają we wspólnej zabawie i tańcu - dla mnie to przeżycie niesamowite i trudne do opisania, a dla wszystkich, to kolejne wspomnienie, które z pewnością zostanie z nami na wiele lat.
Nagle zrobiła się prawie godzina 18:00. Dzieci musiały udać się do swoich pokoi, a my przejść do kameralnego pożegnania z siostrami. Podczas wspólnej drogi usłyszeliśmy od uczniów wiele ciepłych słów - zapewnienia, że będą za nami tęsknić i pytania nie o to „czy”, ale „kiedy” do nich wrócimy.
Po kilku miłych rozmowach udaliśmy się do sali, gdzie siostry przygotowały dla nas rwandyjskie pączki oraz oczywiście Fantę.
Słowa, jakie padły podczas podziękowań i pożegnania, chyba zostawimy dla siebie. Wzruszeń było wiele, u niektórych popłynęły również łzy przepełnione wdzięcznością.
Po którymś z kolei wyściskaniu siostry Pii, chwytając się za ręce, wbiegliśmy ostatni raz pod górkę, którą każdego dnia musieliśmy pokonać, wracając do „domu”.
Spacerowym krokiem dotarliśmy do sióstr pallotynek, gdzie zjedliśmy z nimi wspólną kolację. Tu znowu był czas na podziękowania. Po zapełnieniu brzuszków udaliśmy się do kaplicy podziękować - tym razem dla odmiany nie siostrom, ale Panu Bogu - za cały nasz czas w Kibeho. Różaniec, kompleta i oczywiście Apel Jasnogórski, trzymając się w kole za ręce.
Ostatnim punktem tego dnia było faktyczne pakowanie walizek.
Jutro rano czeka nas ostatnia Msza Święta w miejscu objawień i śniadanie, po których wyruszymy dalej w nieznane.
Tu wracam myślami do pierwszego akapitu tego wpisu. Bardzo ciężko rozstać nam się z tym miejscem. Brat Zdzichu miał rację: mimo, że to jeszcze nie koniec naszej przygody, to już teraz wiemy, że gdy wrócimy z Rwandy do Polski… nigdy nie będziemy tacy sami jak wcześniej.
Zosia🍍











Komentarze
Prześlij komentarz